Miss movin' on

dzisiaj ugotowałam makaron i aż wstyd się przyznać, że pierwszy raz zrobiłam to samodzielnie i z własnej woli. z jednej strony musimy w dzisiejszych czasach tak szybko dorastać, ale z drugiej.. współczesne technologie nas wyręczają. media promują życie niczym nastolatkowe do 70. roku życia, randkujemy przez aplikacje, umawiając się jedynie na seks. kiedy ten świat się zepsuł?
w 2 dni teoretycznie obejrzałam prawie cały pierwszy sezon "seksu w wielkim mieście" i musiałam zobaczyć 3 odcinki, żeby się do niego zupełnie przekonać. ale szczerze powiem, że ten serial dał mi właśnie dużo do myślenia. czy właśnie to się liczy w życiu? przeczytałam najnowsze Glamour (może lepiej powiedzieć, że je przejrzałam, bo więcej tam reklam  i zdjęć niż właściwego tekstu) i po raz kolejny w ciągu ostatnich dni doszłam do tego przykrego wniosku- ten świat się psuje.
więc zrodziła się we mnie motywacja, żeby uczynić go lepszym. przyjemniejszym. piękniejszym. bo choć w moim oczach jest on piękny, to tak wiele jeszcze trzeba w nim zmienić. ostatnio wiele rozmawiam z ludźmi i tak stwierdzam, że..  że tak bardzo się wyróżniam w swoim otoczeniu. i czuję się przez to samotna. i pomimo wszystko.. jestem samotna. zostałam sama na polu bitwy i wydaje mi się, jakby ona była nieskończona, a ja przegrywam raz za razem.

*

postanowiłam wstawić ten fragment, który napisałam w pierwszym tygodniu po przeprowadzce. teraz wróciłam po cudownym tygodniu spędzonym w górach i jestem tak zmotywowana do pracy jak nigdy. ten tydzień był jak ze snu i mam wrażenie, że ten wyjazd trwał miesiąc. kto by pomyślał, że 7 nocy może tyle zmienić.
za 8 dni przeżyję życiowy szok i wejdę w najważniejszy na razie etap mojego życia- studia. za dodatkowe kilka dni zacznę pewnie pracę- jak tylko się zmotywuję, żeby ją znaleźć (na razie moje zebrane fundusze pozwalają mi na odwlekanie..). będę zapieprzać dzień i noc i pewnie zapomnę, jak się nazywam z tego zmęczenia. dopiero teraz sobie uświadamiam, że moje najdłuższe wakacje w życiu właśnie minęły. one mijają, a wraz z nimi..
przeminęło życie Charles'a Bradley'a. nie potrafię opisać słowami, jak cudownym był człowiekiem i jak ważną osobą w moim życiu. jego piosenki na zawsze pozostaną w moim sercu i na pewno będę do nich wraca tak samo często. zapamiętam go jako artystę, który szerzył miłość. jak to wiele osób o nim pisało- zapewne chciał przytulić wszystkich ludzi na tej planecie. i właśnie takich ludzi powinno być więcej. takich jak on. Charles, oby Ci było dobrze, tam gdzie jesteś.

*

ostatnio mało mam filozoficznych rozmyślań.
wszystko idzie w dobrym kierunku.
dzisiaj, kiedy piłam kawę, nagle się roześmiałam i westchnęłam.
-co jest?- zapytała.
-jestem szczęśliwa, że tutaj jestem.
bo to prawda. jestem szczęśliwa i mam nadzieję, że będzie jeszcze lepiej.

and hey babe, and you too, i'll be back soon

xx

Komentarze

Popularne posty