I'm coming home
Chyba jedną z rzeczy, którą doceniam w staniu w korkach na moście jest fakt, że jeśli jest to:
a) mniej więcej godzina 6/7:00
b) mniej więcej godzina 17/18:00
to mogę być świadkiem przepięknych wschodów i zachodów słońca. Mam to szczęście, że kiedy jadę mostem to idealnie je widać na horyzoncie. I cóż więcej mogę powiedzieć. Gdy dodatkowo słucham jeszcze muzyki (choćby Other Lives-Ritual, która przyprawia mnie o niemałe dreszcze) to są to naprawdę niesamowite doświadczenia.
Zatem postanowiłam dodawać posty częściej i tego nie ignorować. To miejsce pozwala mi uporządkować myśli i przelać wszystko to, czego nie mogę powiedzieć głośno.
Dni mijają mi powoli. To dopiero trzeci tydzień studiów. Serio? Wydaje mi się, że powinien być już, no nie wiem.. Styczeń? Doprawdy, każdy dzień mija mi powolnie. Zajęcia mijają mi powoli. Dyskutuję na temat literatury, w końcu się wypowiadam głośno, nie wstydzę się wyrazić swojego zdania. Otwieram się przed ludźmi.
Chciałam się wyrwać do dużego miasta, niczym Andrea z "Nada". Ona też miała duże oczekiwania w stosunku do Barcelony, miała we wspomnieniach jej kolorowe ulice, radosnych mieszkańców. A ja? A ja przyjeżdżałam tutaj jeszcze w kwietniu, siedziałam przy wejściu do metra i obserwowałam ludzi, którzy wylewali się z przejść podziemnych. Wpatrywałam się w te tłumy, w różnorodność, w kobiety walczące o swoje prawa, w manifestacje pod Pałacem Prezydenckim, w ludzi siedzących w kawiarniach. W bitą śmietanę spływającą po brzegu białego kubka, w światła uliczne. I na początku września, kiedy już późno w nocy wjeżdżałam do Warszawy, wkraczałam w nie ze swoimi oczekiwaniami. Czy się zawiodłam? Czy stolica sprostała moim oczekiwaniom?
Chyba tak. Prowadzę takie życie, jakie sobie wymarzyłam. Mieszkam w stolicy, studiuję na najlepszym uniwersytecie w kraju, kupuję sobie kawę na wynos i spaceruję po Krakowskim Przedmieściu. Uczę się francuskiego, moja miłość rozkwita, robię kawę dla innych, pracuję tam, gdzie chciałam. Czego chcieć więcej? Czasu. Wiem, wciąż mówię o tym samym, ale tak wiele bym dała za choć jeden dzień, gdzie nie muszę robić nic. Za jeden z tych dni, które tak mnie męczyły we wrześniu, kiedy leżałam bezczynnie na fioletowej sofie i czułam życiowy bezsens. Ale czy naprawdę tego chcę? Odczuwać bezsens swojej egzystencji?
Właśnie piję kawę w filiżance, a jest godzina 19;46 i wiem, że nie pozwoli mi ona zasnąć, ale.. czemu nie?
Jutro jadę do domu. Dom. Kiedy słyszę to słowo, od razu mam przed oczami moją mamę. Słyszę jej śmiech, jej głos, kiedy zwracała się do mnie z czułością "Aneczka?". Jej zmęczone oczy. Mama. Moja mama. Tak krucha, tak delikatna. Opiekuńcza. Moja mama, którą kocham ponad życie. Moja mama, dla której poświęciłabym wszystko. Mój dom. Tata. Tatuś. Jego żarty, jego ostry głos, który z czasem stawał się łagodny. Jego surowość, którą czasem dla mnie porzucał. Jego troskliwość, te wszystkie czekolady, które kupował dla mnie z zaskoczenia, te soki, które kładł mi nagle na moim biurku, gdy akurat wracał z przerwy w pracy, a ja rozmawiałam z męczącym klientem. Jego filmy. Moje maleństwo. Jego chichot, całusy. Jego skromny uśmiech, jego spojrzenie pełne wyrzutu. Maraton Star Wars przed studniówką, jego radość, jego ambicje. Mój ukochany. I ona. Jej głupie żarty, ciągłe spóźnialstwo. Jej włosy, które co tydzień miały inny kolor. Jej alarmy co pół godziny, z czego żaden nie skłaniał jej do wstania. Moja cudowna. Oni wszyscy. Dom. Mój ukochany dom.
Więcej jutro.
Yey bitches,
I'm coming
xx
a) mniej więcej godzina 6/7:00
b) mniej więcej godzina 17/18:00
to mogę być świadkiem przepięknych wschodów i zachodów słońca. Mam to szczęście, że kiedy jadę mostem to idealnie je widać na horyzoncie. I cóż więcej mogę powiedzieć. Gdy dodatkowo słucham jeszcze muzyki (choćby Other Lives-Ritual, która przyprawia mnie o niemałe dreszcze) to są to naprawdę niesamowite doświadczenia.
Zatem postanowiłam dodawać posty częściej i tego nie ignorować. To miejsce pozwala mi uporządkować myśli i przelać wszystko to, czego nie mogę powiedzieć głośno.
Dni mijają mi powoli. To dopiero trzeci tydzień studiów. Serio? Wydaje mi się, że powinien być już, no nie wiem.. Styczeń? Doprawdy, każdy dzień mija mi powolnie. Zajęcia mijają mi powoli. Dyskutuję na temat literatury, w końcu się wypowiadam głośno, nie wstydzę się wyrazić swojego zdania. Otwieram się przed ludźmi.
Chciałam się wyrwać do dużego miasta, niczym Andrea z "Nada". Ona też miała duże oczekiwania w stosunku do Barcelony, miała we wspomnieniach jej kolorowe ulice, radosnych mieszkańców. A ja? A ja przyjeżdżałam tutaj jeszcze w kwietniu, siedziałam przy wejściu do metra i obserwowałam ludzi, którzy wylewali się z przejść podziemnych. Wpatrywałam się w te tłumy, w różnorodność, w kobiety walczące o swoje prawa, w manifestacje pod Pałacem Prezydenckim, w ludzi siedzących w kawiarniach. W bitą śmietanę spływającą po brzegu białego kubka, w światła uliczne. I na początku września, kiedy już późno w nocy wjeżdżałam do Warszawy, wkraczałam w nie ze swoimi oczekiwaniami. Czy się zawiodłam? Czy stolica sprostała moim oczekiwaniom?
Chyba tak. Prowadzę takie życie, jakie sobie wymarzyłam. Mieszkam w stolicy, studiuję na najlepszym uniwersytecie w kraju, kupuję sobie kawę na wynos i spaceruję po Krakowskim Przedmieściu. Uczę się francuskiego, moja miłość rozkwita, robię kawę dla innych, pracuję tam, gdzie chciałam. Czego chcieć więcej? Czasu. Wiem, wciąż mówię o tym samym, ale tak wiele bym dała za choć jeden dzień, gdzie nie muszę robić nic. Za jeden z tych dni, które tak mnie męczyły we wrześniu, kiedy leżałam bezczynnie na fioletowej sofie i czułam życiowy bezsens. Ale czy naprawdę tego chcę? Odczuwać bezsens swojej egzystencji?
Właśnie piję kawę w filiżance, a jest godzina 19;46 i wiem, że nie pozwoli mi ona zasnąć, ale.. czemu nie?
Jutro jadę do domu. Dom. Kiedy słyszę to słowo, od razu mam przed oczami moją mamę. Słyszę jej śmiech, jej głos, kiedy zwracała się do mnie z czułością "Aneczka?". Jej zmęczone oczy. Mama. Moja mama. Tak krucha, tak delikatna. Opiekuńcza. Moja mama, którą kocham ponad życie. Moja mama, dla której poświęciłabym wszystko. Mój dom. Tata. Tatuś. Jego żarty, jego ostry głos, który z czasem stawał się łagodny. Jego surowość, którą czasem dla mnie porzucał. Jego troskliwość, te wszystkie czekolady, które kupował dla mnie z zaskoczenia, te soki, które kładł mi nagle na moim biurku, gdy akurat wracał z przerwy w pracy, a ja rozmawiałam z męczącym klientem. Jego filmy. Moje maleństwo. Jego chichot, całusy. Jego skromny uśmiech, jego spojrzenie pełne wyrzutu. Maraton Star Wars przed studniówką, jego radość, jego ambicje. Mój ukochany. I ona. Jej głupie żarty, ciągłe spóźnialstwo. Jej włosy, które co tydzień miały inny kolor. Jej alarmy co pół godziny, z czego żaden nie skłaniał jej do wstania. Moja cudowna. Oni wszyscy. Dom. Mój ukochany dom.
Więcej jutro.
Yey bitches,
I'm coming
xx
Komentarze
Prześlij komentarz